Krzysztof Zieliński: Dylemat wyborczy

Jak osiągnąć wysoki standard obsługi informatycznej wyborów?
Autor Krzysztof Zieliński, lat 60, magister informatyki, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, współwłaściciel firmy konsultingowej zajmującej się zwalczaniem wyłudzeń kredytowych i oszustw w instytucjach finansowych. W przeszłości zasiadał na kierowniczych stanowiskach w korporacjach IT w kraju i zagranicą. Pracuje społecznie w Stowarzyszeniu Solidarni 2010 oraz w Ruchu Kontroli Wyborów. Wielokrotny członek, a w ostatnich wyborach do Sejmu wiceprzewodniczący jednej z Obwodowych Komisji Wyborczych w Warszawie.  Kontakt email kz@zgconsulting.eu
W szary niedzielny poranek 25 października 2015r oprócz wracających z całonocnych dyskotek rozweselonych młodych ludzi można było spotkać w samej tylko Warszawie parę tysięcy osób wytrwale podążających na pierwszą zmianę do 1152 lokali wyborczych. Różne są motywacje aktywnego wzięcia udziału w pracach komisji wyborczej, dla niektórych dodatkowe 160 złotych to jakiś zastrzyk w domowym budżecie, dla innych fakt aktywnego uczestnictwa w święcie demokracji liczy się najbardziej. Co by tu nie powiedzieć, faktem jest, że tego dnia aż do poniedziałkowego poranka setki tysięcy Polaków zaangażowanych jest w obsługę wyborów. Dlatego warto się zastanowić nad właściwym wykorzystaniem tej olbrzymiej pracy, którą zarówno zwykli członkowie komisji, jak i jej przewodniczący oraz mężowie zaufania wykonują. A stawka jest wysoka, chodzi bowiem nie tylko o zapewnienie uczciwego przebiegu wyborów i dokładne policzenie głosów, ale też o prestiż państwa i jego instytucji mających służyć obywatelom w sposób nie budzący zastrzeżeń.
Wydarzenia wokół wyborów samorządowych jesienią 2014 roku obnażyły niestety słabość instytucji państwa, niemoc organizacyjną skutkującą chaosem podczas ustalania wyniku wyborczego. Setki protestów wyborczych oraz niespotykana dotąd liczba głosów nieważnych wzbudziły wśród obywateli, polityków i organizacji społecznych uzasadnione obawy, że wybory były sfałszowane.Wielu z nas zadawało sobie wówczas pytanie, jak mogło dojść do tak kompromitującej sytuacji, przecież w komisjach pracują osoby wydelegowane ze wszystkich komitetów wyborczych, są mężowie zaufania, jest zatem wzajemna kontrola. Otóż jak wiemy, nie zawsze, bo komisje w małych miejscowościach są często monopartyjne, a mężowie zaufania też nie byli wszędzie. Na dodatek, sam proces konsolidacji wyników wyborczych z poszczególnych komisji do poziomu okręgów wyborczych aż do wyliczenia ostatecznego podziału mandatów w Sejmikach Wojewódzkich trwał niebywale długo, bo nie zadziałał dopiero co zakupiony system informatyczny. Trudno wprost uwierzyć, że ostateczny wynik wyborczy uzyskany w takim chaosie odpowiadał rzeczywistości.
Czy wyciągnięto wnioski, czy już jest lepiej? Czy sądy wnikliwie rozpatrzyły protesty? Czy powołano komisję do zbadania przyczyn wyborczego bałaganu? Dzisiaj wiemy, że są to pytania retoryczne, bo nie zrobiono nic w tym zakresie, jedynie społeczeństwo zareagowało szybko. Z inicjatywy między innymi Klubów Gazety Polskiej oraz Stowarzyszenia Solidarni 2010 powstał społeczny Ruch Kontroli Wyborów delegujący mężów zaufania i wspomagający partie polityczne, w szczególności PiS, ale też i inne w znajdowaniu doświadczonych i uczciwych członków komisji wyborczych.
Ubiegłoroczne majowe wybory prezydenckie i jesienne parlamentarne odbyły się pod kontrolą RKW. Liczba głosów nieważnych wyraźnie spadła, ilość protestów wyborczych też, czyli sukces? W pewnym sensie tak. Uruchomiony został również demokratyczny proces zmiany kodeksu wyborczego, którego postulaty po zwycięstwie PiS mają szanse zostać zrealizowane. RKW nadal działa i na pewno przetrwa do następnych wyborów jako ważny czynnik społecznej kontroli. Pozostaje jednak pewien niedosyt budzący obawy na przyszłość. Moim zdaniem, nie rozwiążą tego problemu przezroczyste urny i kamery w lokalach wyborczych, jak i lepsza, bo przejrzysta organizacja samego procesu wyborczego.
Przyjrzyjmy się na chwilę, co działo się w nocy z 25 na 26 października 2015 roku, i wyciągnijmy wnioski. Gdy większość wyborców smacznie spała, członkowie komisji mozolnie liczyli głosy, a wyniki wpisywali ręcznie do protokołów. Gdzieś około drugiej czy trzeciej nad ranem protokoły były gotowe i wywieszone przy wejściu do lokalu (ideałem byłoby opublikowanie ich w Internecie). W tym ważnym momencie, w takiej małej czy większej obwodowej komisji wyborczej liczącej tysią,c a może dwa tysiące uprawnionych do głosowania, powstawał wynik wyborczy!  Zakładając, że w całej Polsce każda z 27 tysięcy komisji do rana uporała się z liczeniem i wpisała wyniki do systemu informatycznego, powinniśmy nad ranem uzyskać ogólnopolski wynik wyborów! Nie jakieś sondaże exit poll, ale przynajmniej nieoficjalny wynik oparty na realnych liczbach. Bo jaki problem dla programu komputerowego stanowić ma konsolidacja wyników cząstkowych oraz wyliczenie mandatów przypadających w poszczególnych okręgach wyborczych poszczególnym komitetom według obowiązującej obecnie w wyborach do Sejmu metody d’Hondta ? Trudniejsze zadania miałem do wykonania podczas studiów na wydziale Matematyki i Informatyki w drugiej połowie lat 70-tych. I to wszystko na ówczesnych komputerach, których moc obliczeniowa była miliony razy mniejsza niż obecnie, a warsztat informatyka składał się z czytnika kart perforowanych i igłowej drukarki. Przyglądając się osobiście, jak działało wsparcie informatyczne wyborów w roku 2015, zastanawiałem się, po co było studiować informatykę czterdzieści lat temu, jeśli ta wiedza, którą wtedy zdobywaliśm,y okazuje się w Polsce XXI wieku zupełnie nieprzydatna. Nieprzydatna, bo jakiś ignorant zadecydował, że u nas musi być inaczej niż w cywilizowanym świecie, przez co od momentu policzenia głosów do podania wyniku upływają dni zamiast minuty.
Dwa tygodnie przed naszymi wyborami parlamentarnymi przebywałem w Wiedniu i miałem okazję przekonać się na własne oczy, jak przebiegają tam wybory komunalne. Lokale wyborcze otwarte są tam od 7 do 19 (frekwencja ponad 70%, ale to inny temat). W cztery godziny wszystko posprzątane i policzone, a w Internecie opublikowane wyniki z rozbiciem na 23 dzielnice i sto kilkadziesiąt obwodów, ma się rozumieć z wizualizacją graficzną, słupkami i wykresami gotowymi do opublikowania w poniedziałkowych gazetach. Proszę, sprawdźcie Państwo sami, jak to wygląda – link TUTAJ. Oczywiście, tuż po zliczeniu głosów były to wyniki nieoficjalne, bo trzeba wszystko potem skontrolować, rozpatrzeć protesty, dać ważnym ludziom popracować, którzy to wynik oficjalnie potwierdzą i ogłoszą.
Czy w Polsce wiedeński scenariusz wyborów nie jest możliwy do zrealizowania w myśl powszechnej opinii, że u nas to nic nie jest możliwe? Myślę, że jest on nie tylko możliwy, ale powinien być niezwłocznie wdrożony bez oglądania się na głosy pesymistycznie nastawionych biurokratów wszędzie widzących jakieś formalne, ale najczęściej wyimaginowane przeszkody. Weźmy przykładowo pod lupę wybory do Sejmu, które z uwagi na tak zwane „książeczki” z listami kandydatów są najbardziej skomplikowane i podatne na błędy. Konstytucja w artykule 96 określa tylko ogólne zasady wyborów i powiada, że Sejm wybierany jest w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i proporcjonalnych. Konstytucja pozostawia zatem olbrzymie pole do działania dla instytucji państwowych odpowiedzialnych za sprawne przeprowadzenie wyborów zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa i Kodeksem Wyborczym. Co zatem stoi na przeszkodzie stworzeniu takiego systemu informatycznego, który nie tylko będzie zbierał dane w każdej obwodowych komisji wyborczej (co nawet ma miejsce obecnie), ale też konsolidował je na poziomie każdego z 41 okręgów, wyliczając niezwłocznie liczbę mandatów przyznanych w danym okręgu poszczególnym komitetom wyborczym. Jedyną niewiadomą wykraczającą poza liczby ustalone w danym okręgu jest ogólnopolski wynik poszczególnych komitetów i odpowiedź na pytanie, które z nich faktycznie przekroczyły próg 5 a dla koalicji 8 procent uprawniający do przyznania mandatów. Ale i ta liczba też jest w poniedziałek nad ranem znana, bo przecież głosy mamy do tej czwartej czy piątej policzone i wprowadzone do systemu. Ktoś zapyta o głosy oddane zagranicą, ale zarówno w Melbourne jak i w Chicago czy Paryżu Internet jest i problemu z dostępem do systemu nie będzie. Następny pesymista zapyta o głosy oddane korespondencyjnie, ale i na to też jest odpowiedź gotowa, bo na podstawie ilości wydanych pakietów wyborczych można automatycznie wyliczyć czy głosy korespondencyjne mogą teoretycznie zachwiać podziałem mandatów. Dlatego bez cienia wątpliwości można uznać, że w poniedziałek nad ranem mamy ustalony nieoficjalny wynik wyborów, który powinien być natychmiast opublikowany, ucinając w ten sposób spekulacje na temat nieudolności państwa i niekompetencji Państwowej Komisji Wyborczej i jej ciała wykonawczego czyli Krajowego Biura Wyborczego. Na dzień dzisiejszy jest zupełnie niezrozumiałe co dzieje się między poniedziałkiem 6 rano, gdy fizyczny proces liczenia głosów jest praktycznie zakończony, a wtorkiem wieczorem? Na czym polega praca 41 okręgów, które de facto wstrzymują podanie do publicznej wiadomości nieoficjalnych wyników wyborów, już przecież praktycznie istniejących? Wystarczy jedynie dodać głosy i zastosować algorytm d’Hondta, co programowi komputerowemu zajmie ułamki sekund.
Kto powinien się tym bolesnym problemem zająć? Na pewno nie PKW czy KBW, które zasłynęły „słynnym” przetargiem na tani system informatyczny, zastosowany z tragicznym skutkiem w ostatnich wyborach samorządowych. Zbudowanie systemu obsługującego wybory nie jest zadaniem trudnym, jednakże wymaga umiejętności przełożenia procesów organizacyjnych na język nowoczesnych technologii. To jest wyzwanie dla profesjonalistów, a nie urzędników czy sędziów, nieważne, jak dobrze znających ordynację wyborczą. Nasuwa mi się pytanie i sugestia zarazem, dlaczego nie Ministerstwo Cyfryzacji? Z licznych wypowiedzi Minister Anny Streżyńskiej można wnioskować (np. 16 grudnia 2015r w Telewizji Republika), że misją Ministerstwa jest miedzy innymi wspieranie różnych resortów w dziedzinie informatyzacji, a w przypadku projektów międzyresortowych przejęcie wiodącej roli merytorycznej. Wybory przez swoją złożoność organizacyjną dotykają wielu resortów, a zatem w sposób naturalny powinny być wspierane przez ministerstwo do tego powołane, szczególnie, że chodzi o system informatyczny.
Zauważmy, że Ministerstwo bezpośrednio nadzoruje szereg ważnych instytucji takich jak Centralny Ośrodek Informatyki, Centrum Cyfrowej Administracji, Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK) i wiele innych podmiotów w których zatrudnieni są specjaliści zarówno w dziedzinie administracji państwowej, jak i technologii informatycznych. Dlaczego nie sięgnąć po te zasoby i nie stworzyć od nowa systemu wyborczego z prawdziwego zdarzenia. Dotychczasowe inwestycje w tym zakresie nie były oszałamiające, nie przekroczyły nawet miliona złotych i zapewne dawno się zamortyzowały. Do następnych wyborów jest ponad dwa i pół roku, więc czasu jest dużo, ale trzeba zacząć działać niemal natychmiast. Pani Minister ! Warto przejąć inicjatywę, dla dobra publicznego, dla wzmocnienia wizerunku państwa, warto.